Dysponuje bardzo uroczym samochodzikiem jakim jest Clio III Grandtour. Właściwie to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie zbyt mały, ale też nieduży, bagażnik pakowny, design minimalistyczny ale OK, silnik nie jest porywający, ale mnie zadowala - przynajmniej nie zamula, kolor oliwkowy - oryginalny dość i jedyny w swoim rodzaju. Olivier - ponieważ tak został ochrzczony przez rok był posłusznym cudownym autem. Oczywiście po mroźnej nocy pod gołym niebem nieco się buntował i nie chciał się zbytnio obudzić, ale też nigdy nie był nadmiernie złośliwy i mimo wszystko odpalał bez większych zarzutów. Czasem też ciężko szło mu przecieranie oka (przedniej szyby), ale po nocy spędzonej na mrozie można to wybaczyć. Nadeszła wiosna, a w raz z tym humory Oliviera. Zrobił się niezwykle złośliwy. Można by rzec, że przedwcześnie przechodził andropauzę. To był dla nas dość trudny czas.
Wszystko zaczęło się w przed dzień bardzo wyczekanego wyjazdu majówkowego. Chcąc spędzić długą podróż w czystym pachnącym aucie, padła decyzja o posprzątaniu. Wszystko było fajnie dopóki odkurzacz nie zaczął zasysać wody z za przedniego siedzenia. Niedowierzanie i zdumienie było ogromne. Jednak jeszcze większe było po włożeniu ręki pod wykładzinę. Generalnie można by tam karpie wpuścić. Naiwne próby odessania wody strzykawką zdały się na niewiele. Po pół godziny akcji odsysania zbędnego balastu ze łzami w oczach akcja została przerwana. Lament i histeria wylały się w momencie uświadomienia, że Oli wymaga większej interwencji. W drodze do domu okazało się, że pióra wycieraczek odmawiają posłuszeństwa - właściwie chodziły jak chciały, albo nie chodziły wcale.
To było dolanie oliwy do ognia. Emocje narastały, czas uciekał. Z pomocą przyszedł mój mężczyzna - licząc, że uda nam się coś zwojować. Jak się później okazało, pozostawienie Oliwiera pod jego opieką było bardzo kiepskim pomysłem. Pan M podjął się próby wskrzeszenia Olivierowych piór wycieraczek. W nerwowym oczekiwaniu na rezultaty, nagle otworzyły się drzwi i z progu wyłoniła się lekko, zielonkawo-blada twarz mojego bohatera. Kazał mi usiąść i się nie denerwować. Po słowach "Kochanie...zbiłem Ci przednią szybę...", trudno było zachować spokój. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo rozwiązał mi się języka i jak "soczysta" była moja mowa. No tak, jak się młoteczkiem próbuje ściągnąć ramie pióra wycieraczek to taki jest efekt. Oczywiście mówiłam aby nic na siłę nie robić i użyć odpowiedniego preparatu,ale facet jak to facet zawsze "mądrzejszy". Na szczęście było drugie auto więc wyjazd doszedł do skutku. Fakt, że był to najgorszy wyjazd w naszym życiu dodatkowo negatywnie wpłynęło na moją reakcję kiedy okazało się, że Olivier przez kilka dni nie wysechł ani ciut ciut. No cóż, auto było mi potrzebne szybko w związku z czym postanowiliśmy sami je osuszyć. Rozbiórka poszła bez większych problemów. Przyczyna - zatkany odpływ przy podszybiu - została wyeliminowana. Po kilku dniach było prawie ok, resztę dosuszyliśmy czym się dało. Wszystko elegancko się poskładało, nawet uśmiech na twarzy zaczął się malować. Ostatnie poprawki, czyli położenie piór wycieraczek aby dało się dojechać na wymianę szyb. Nie do wiary! Jakimś cudem mojemu Bohaterowi zostało w ręku ramie pióra wycieraczki, po prostu złamało się przy nasadzie. Cóż...trzeba zamówić nowe.
Auto suche, szyba wymieniona, nowe ramiona wycieraczek przyszły, niestety nie zmieniło to faktu, że nie chodziły prawidłowo. Te cholerne pióra wycieraczek doprowadzały mnie do obłędu. Jak ja zaczęłam nienawidzić tego zgniłozielonego złomu!Po pierwszej wizycie u mechanika radość ze sprawnych elementów trwała jakieś 45minut. Druga wizyta z reklamacją naprawy też nie przyniosła rezultatu. Kilka stówek poszło w dupu - efektu brak. Poszłam do elektryka - UDAŁO SIĘ! Przez całę 4 dni cieszyłam się, ze Olivier nie robi psikusów.
Po ulewnej letniej nocy, wsiadam do swojego ukochanego autka, odpalam pióra wycieraczek i co? NIC! Nie działają. Coś mi nie pasowało, dlatego sprawdziłam tak na wszelki wypadek czy pod wykładziną jest sucho. No i stało się, histeria na maxa. Tego nie dało się wytrzymać. Co za cholerny złom! Kilka tygodni użerania się z tym zielonym gniotem i znowu to samo! Mój Bohater mnie uspokoił. Kolejny weekend poświęcony na suszenie - poszło sprawnie. Ponowna droga do elektryka, może pomoże. Odciął zaślepkę w kanale odprowadzającym wodę co gwarantowało, że Olivier nie będzie już tonął w wodzie. Jednak z piórami dalej nie wiadomo, interwencja elektryka nie pomogła. Dałam spokój, przestałam kląć i próbowałam zaakceptować ułomność swojego auta. Jakimś cudem Olivier sam się wyleczył z dziwacznej choroby piórkowej. Nie jest już złośliwy, nie robi mi psikusów i znowu jestem szczęśliwą właścicielką Clio III :)



ładnie piszesz
OdpowiedzUsuńzaraz o tych olejach poczytam i zdrobię kontrold ;-)
Dziękuję, mam nadzieję, że dobrze będzie się czytało te artykuły i że będą ciekawe i przydatne:)
OdpowiedzUsuń